niedziela, 17 kwietnia 2011

Były Klin

Ojciec jako felczer medycyny był swego rodzaju znachorem , jako sanitariusz o medycynie nie miał większego pojęcia .Lecz przypadki dziwnych okaleczen wzbudzały jego ciekawość . Nie tyle okaleczenia jak opowieści tych osób były najciekawsze . Prawie wszyscy opowiadali o podziemnym miescie , o dziwnych szarych istotach , sami zaś nie dostrzegali swojej odmienności .Okaleczenia ,raczej przeszczepy , były żywe one się poruszały . Co dziwiło mojego ojca to fakt że to było nie mozliwe .Z dnia na dzień było ich co raz wiecej , aż do momentu gdy pojawiła w Swidnicy specjalna jednostka NKWD .Bielawa , Dzierzoniów  oraz cała okolica gdzie się pojawili spływała krwią. Likwidowali wszystkich odmienców . Ojciec wspominał o kobiecie ,wycieńczonej , szarej o dziwnej głowie i nie propolcjonalnych rekach , która na wiesc o pogromie szwabów podjeła decyzję o powrocie pod ziemię , aby ostrzec dzieci ... To był rok 1945 sierpień . Następnie mój ojcic miał wypadek , od tego momentu przestał wspomonać o dziwolongach . Dopiero na łozu śmierci opowiada te nie samowite historie . Naj cześciej powraca do lotniska i tunelu prowadzacego w góry , dziecko ze szklana głową jest taze czesto wspominane . ----   To część orginalnego listu jezeli bedzie zainteresowanie zamieszcze reszte .

sobota, 16 kwietnia 2011

Bielawa

Przypadek z Bielawy odbiega trochę od schematu ,nie pasuje do podobnych relacji z lat poprzednich ,przypuszczam iż był przypadkowy, adresowany był na kogoś innego . Z opowieści dowiaduje iż niedaleko miejsca ataku mieszkała stara niemka nazywali ja strażniczką ,wariatką ,czarownicą .Często opowiadała o swoich dzieciach mieszkających pod ziemią ,twierdziła że one ją odwiedzaja . To by się zgadzało gdyż podobne odwiedziny często się przewijają w relacjach .Owa staruszka nie zyje od kilku lat  ,więc może to były spuznione odwiedziny.Co do stanu psychcznego J . doznał on pewnego rodzaju przebudzenia to coś było w jego głowie , czyli przekaz pod progowy ,kolejny czesto powtarzany wątek , mówili nie otwierając ust , wiadomośći były wlewane prosto do głowy .Pamiętam podobne relacje z mojego podwórka ,gdy wilki wchodziły prawie do naszego domu ,opowieść o wilku zaglądającym do mieszkania są w mojej rodzinie żywe po dzień dzisiejszy ,Był to rok 1950 ,mieszkaliśmy w tedy w domu należącym do MIntery niemca komendanta obozu pracy Gluszyca .Przeklęty dom tak mawiała Hildegarda Kauffman ,coś w tym jest dziwne fatum ciąży nad rodziną go zamieszkującą .Wracając do przypadku z Bielawy po publicznym ośmieszeniu bohatera , całe zajście zaczyna być nie byłe , nikt nic nie widział i nie słyszał -szczeniaki się popiły i głupoty gadają - lecz pozostaje relacja opis szaleńca ,który jest kolejnym przykładem istnienia czegoś co staram sie prezentować na tym blogu .Zachęcam innych przesyłajcie swoje relacje ,tego już nie da się dalej trzymać w tajemnicy .

czwartek, 14 kwietnia 2011

Jarecki - charakterystyka

Mężczyzna wrostu około 174 cm, wiek między 55-65 lat. Wychudzony, na twarzy głębokie zmarszczki, na lewym przedramieniu tatuaż przypominający numer obozowy. Na głowie oraz twarzy liczne blizny. Nigdy nie widziałem go bez płaszcza, noisł żołnierski szynel. Buty jakie nosił przypominały mi zawsze buty orotpedyczne - teraz wiem, że takich butów używało się w zakładach chemicznych. Jego skóra była szara, wysuszona. Nigdy nie uścisnął mi dłoni mimo iż często próbowałem podać mu rękę na powitanie. Posługiwał się kilkoma językami, znał historię, pojęcia medyczne, geografię. Sprawiał wrażenie człowieka inteligentnego i wykształconego. Nie wiem czy jego szaleństwo było następstwem przeżyć, czy też była to udana mistyfikacja. Niejednokrotnie odnosiłem wrażenie, że pojawienie się Jareckiego nie było przypadkowe. Miejsca, które mi pokazywał, po dziś dzień nie zostały dokładnie zbadane. Wszyscy poszukiwacze z uporem maniaka penetrują okolice Osówki, Włodarza, Rzeczki - traktując marginalnie pozotałe obiekty. Poniekąd na Soboniu, Mosznej, górez Anny czy Jugowicach - wszystkie mozliwe dowody istnienia wyrobisk, sztoli zostały starannie zniszczone. Lata 60. i 80. to okres kiedy najwięcej czasu poświęcono na niszczenie istniejących dowodów podkreślających ogrom kompleksu. Uważam, że pozostawienie Osówki oraz Włodarza miało na celu odwrócenie uwagi od miejsc, które wskazywał Jarecki.Przypuszczam iż jego zadanie polegało na wskazaniu mi właściwego kierunku poszukiwań. Często gdy chodziliśmy po lesie zatrzymywał się i używał słów których do dziś nie rozumiem. Wskazywał ręką na jakiś obiekt w lesie, mówiąc przy tym "właśnie patrzysz na rozwiązanie tajemnicy, masz je przed czubkiem nosa". Często zdrzało się to na Soboniu. Zresztą nie tylko on wskazywał na Soboń jako klucz. Kilka osób, które przedstawiły mi swoje najbardziej zagadkowe i tajemnicze relacje, dotyczą właśnie Sobonia. Sama Głuszyca ze swoimi miejscami koncentracji jeńców oraz jako baza materiałowa, nigdy nie została dokładnie przebadana ani zarchiwizowana. Wiedza jaką przekazał mi Jarecki (jego prawdziwe nazwisko nie jest mi znane - mogę się jedynie domyślać kim był) wydaje się być wariactwem, czymś czego nie można udowodnić. Jednak część dotycząca infrastruktury naziemnej o częsci podziemnej i udokumentowana przez wielu badaczy. Jeśli chodzi o niesamowite opowieści  kilkunastu "szaleńców" to pokrywają się one, pochodzą one nie tylko z Polski ale z całej Europy.
Jarecki wprowadzał mnie w swój świat tajemnic przez około 10 lat. Początkowo nic z tego nie rozumiałem, dopiero z czasem zacząłem doceniać wagę tej wiedzy. Po jego odejścu na nowo zacząłem penetrować i poznawać okolicę, w której się wychowałem. Obraz dopełniały opowieści innych - szczególną rolę odegrał tu mój ojciec. Wszyscy moi sąsiedzi opowiadali o tunelach, sztolniach i podziemnym mieście, tajemniczym laboratorium gdzie prowadzono eksperymenty na ludziach i zwierzętach. Od dziecka moje zainteresowania skupiały się wokół tego tematu. Jestem bardzo rozczarowany, że obecnie wiele osób zaprzecza istnieniu Jareckiego mimo tego, że wszyscy byli świadkiem jego obecności, a często słuchaczami jego opowieści.

piątek, 8 kwietnia 2011

Na fali najnowszych wydarzeń

Od najmłodszych lat słyszałem nie tylko od moich rodziców, ale także od sąsiadów o dziwnej, wielkiej "małpie" napadającej na ludzi. Najbardziej znamienna i udokumentowana opowieść opisująca pościg żołnierzy rosyjskich oraz polskich. Zdarzenie miało miejsce w 1945 roku we wrześniu. Mieszkańców osiedlonych wzdłuż linii kolejowej od miejscowości Świerki w kierunku Głuszycy obudziła kanonada karabinowa. Byli to NKWDowcy wspomagani przez polskich pograniczników. Gonili po torach coś, co z ich późniejszych relacji przypominało ogromną małpę. Oddano w jej kierunku niezliczona ilość wystrzałów. Istota owa przebiegła około 10, 11 kilometrów i skryła się w lasach nad tunelem kolejowym prowadzącym do Jedliny Zdrój. Na tym terenie doszło do chaotycznej potyczki, czego skutkiem było spłonięcie połowy lasu - gdzie 60 lat później znajduję dziwny stopiony metal i ślady owego pożaru (po opis kawałka metalu odsyła do książki Igora Witkowskiego). Owe zdarzenie opisane zostało bardo dokładnie w ówczesnych gazetach, a wśród miejscowej społeczności przeszło do legendy. Podobnych zdarzeń w latach późniejszych było kilkanaście. Owa istota przybiera różne kształty i formy - w zależności od wyobraźni opowiadającego. Jednak postać która przeważa w opowieściach to człowiek o wyrazistych psich kształtach. Rozważam możliwość zamieszczenia niesamowitych opowieści świadków, czekam jednak na ich pozwolenie. Tematy są tak ważkie, że na dzień dzisiejszy możemy zamieścić tylko ich fragmenty. W poprzednich wpisach wspominałem o osobniku zwanym "Bocianem". Jego relacje na temat "psowatego" także postaram się zamieścić.

środa, 6 kwietnia 2011

Pani Tarnowska ciąg dalszy

W 1982 roku razem z moim ojcem, zaznaczam przybranym, zaczęliśmy starać się o odszkodowanie za pracę przymusową zmarłej rok wcześniej matki. Okazało się, że nie figuruje w żadnym spisie poszkodowanych. W pierwszych dniach powstania warszawskiego dostała się wraz z matka do niewoli i trafiła do obozu przejściowego pod Tczewem. Trzymano tam cywili, mama moja jako siedemnastolatka nie była zakwalifikowana jako żołnierz, faktycznie nie była żołnierzem AK ani żadnej innej organizacji zbrojnej. Została tam oddzielona od swojej rodziny; z grupą około dwustu swoich rówieśnic została przewieziona do Wrocławia. Tutaj dokonano ponownej selekcji, tym razem kierowano się urodą. Moja mama była filigranową blondynka o niebieskich oczach, spełniała wszystkie „aryjskie” wymogi. Obóz znajdował się na Bergstrasse. Była to wydzielona filia obozu Gross – Rosen. Tutaj znamy najmniej szczegółów, z tego co udało nam się ustalić - mama trafiła do przyfrontowego burdelu. Po około czteru miesiącach gehenny trafiła do Gross – Rosen gdzie przebywała około miesiąca. Była wyniszczona psychicznie, lecz fizycznie spełniała wszystkie wymogi. Była dobrze odżywiona i nadal ładna.
Jest początek grudnia 1944 roku, zabierają ją oraz grupę innych dziewcząt do Wałbrzycha. Są zakwaterowane przy koksowni, ich los zaczyna się odmieniać. Już nie są zabawkami żołdaków – zaczynają pracować. Chociaż nierzadko są wykorzystywane zarówno prze wartowników jak i pracowników fizycznych. Po upływie około czternastu dni są przeszkolone do obsługi świdrów. Pociągiem towarowym przewiezione są do miejscowości Wustegiersdorf. Tu zostają zakwaterowane w barakach przy stacji kolejowej. Przez trzy dni nikt do nich nie zagląda, nie dostają żywności. Czwartej nocy Niemcy zarządzają zbiórkę, ustawiają ich w kolumnę czwórkową i prowadza droga wzdłuż torów kolejowych. Jest ciemno, nic nie widać, mróz dochodzi do minus 15., śnieg sięga kolan. Całe szczęście, że jako pracownicy wykwalifikowani dostają „ciepłą odzież.”, Jeżeli można tak nazwać te łachmany. Po około półtoragodzinnym marszu dochodzą do miejsca, w którym pozostaną do zakończenia wojny. Rano okazuję się, że znajdują się na zboczu jakiejś góry, jest tu pełno sprzętu budowlanego, baraki oraz pełno ludzi – mamie chodziło o jeńców. Zostają zaprowadzeni do tunelu, który maja drążyć. We wnętrzu panowała wyższa temperatura niż na, zewnątrz, jaką ulgę musiało to stanowić dla przemarzniętych ciał. Zaprowadzono ich do „przodka”, ich kapo został Ślązak z Katowic oraz Czech. Obaj nie byli więźniami, lecz cywilnymi pracownikami organizacji Todt. Katem okazał się Ślązak, jeszcze tej samej godziny, wraz ze swymi kamratami zgwałcił kilka dziewczyn. Do końca dnia moja mam przeżywała koszmar, ciężka praca przy świdrze i nieustanne gwałty. Dopiero wieczorem przyszło ocalenie. Odnalazł je inżynier, do którego były skierowane. Zastał dantejską scenę orgii przemocy i śmierci. Z dwudziestu pięciu dziewcząt przeżyło tylko jedenaście. Kapo Poloczek, bo tak się nazywał nadzorca, wymordowałby wszystkie „polskie dziwki z Warszawy”. Z opisu mamy wynika, że był to straszny człowiek, szary, nieproporcjonalny, dziki.
Od następnego dnia zaczęło się ciężka praca od godziny siódmej rano do dwudziestej pierwszej. Cały czas pod ziemią, wiercenie, ładowanie, w południe miska jakiejś breji do jedzenia. Na początku stycznia 1945 roku mama nie była w stanie dalej ukrywać ciąży. Na pytanie, kto jest ojcem odpowiedziała, że któryś z oficerów niemieckich z Wrocławia. Mama była w ciąży od końca września, ukrywała ten fakt, ponieważ dziewczyny w ciąży były wysyłane do obozów koncentracyjnych. Decyzja zapadła błyskawicznie – dziecko idzie do zniemczenia. Dużą zasługę w uratowaniu mamy miał inżynier, który się nimi opiekował. Odizolował ją od reszty komanda. Przeniesiono ją do szpitalnej kuchni na terenie obozu jeńców rosyjskich. Było to wybawienie od bicia, ciężkiej pracy, a przede wszystkim nie było tam tego demona Poloczka. Wokół panował nieopisany bałagan. Materiał budowlany był przywożony w bardzo dużych ilościach. Gdy mama nie miała nie miała nic do roboty, a zdarzało się to teraz dość często, liczyła transporty i ludzi. Wszystko transportowano dalej poza tunel, który znała moja mama. Były tam kolejne sztolnie, a na zewnątrz stały budynki. Raz, gdy roznosiła posiłek dla strażników, została zaprowadzona nad tunel, przy którym wcześniej pracowała. Była tam dziwna, nieukończona betonowa konstrukcja, częściowo zabudowana drewnem. Pracowało przy niej bardzo dużo jeńców. Było to jedno z  niewielu miejsc, gdzie strażnicy mieli broń palną. Więźniowie nosili pojemniki, które wyglądały jak termosy bądź gaśnice, były bardzo ciężkie. Wysiłek, jaki wkładali w to wynędzniali ludzie był ogromny. Wymiary tych pojemników były niewielkie, długie na jakieś 50, 60 centymetrów, a ich średnica wynosiła 20, 25 może 30 centymetrów. Wnosili je do pomieszczenia, które przypominało klatkę schodową. Była też w tunelu, który drążyła. Po prawej i lewej stronie były już gotowe, wykończone, betonowe wartownie. Gdzieniegdzie znajdowały się na nich jeszcze deski szalunkowe. Było tam zainstalowane światło. Wychodząc z kotłami po jedzeniu zauważyła grupę dzieci, które prowadzono w głąb tunelu. Często słyszała na kuchni rozmowy Niemców, wynikało z nich, że budowa jest na ukończeniu. Nie znali oni jednak przeznaczenia kompleksu. Dowiedziała się z tych rozmów, że podobnych tuneli w okolicy jest kilkanaście i że wszystkie są ze sobą połączone stanowiąc wielkie podziemne miasto. Ich przeznaczenie było elementem spekulacji. Jedni twierdzili, że mam być to gigantyczny schron, inni, że fabryka cudownej broni. Jednak najczęściej słyszała o zbliżającym końcu wojny. Nadchodził kwiecień, porób był przewidziany na początek maja. Atmosfera paniki ogarniała wszystkich Niemców, Rosjanie byli prawie pod Berlinem. Ewakuacja ludzi i sprzętu trwała od jakiegoś czasu. Inżynier opiekujący się moja mama też szykował się do wyjazdu. Nie rozumiała jego słów, gdy mówił, że zejdą pod ziemie i przeczekają trudny okres. Któregoś dnia powiedział, że ja i dziecko zabiera ze sobą pod ziemię. Słyszała tez jak Niemiec z Drezna planował z kolegą ucieczkę do Czech. Nie chcieli oni schodzić pod ziemię i żyć jak krety w momencie, kiedy wszystko było już skończone. Nagle Niemcy, a szczególnie Ślązacy stali się mili dla jeńców. Mama zaczęła dostawać mleko i margarynę. Niemka Hannah stała się o nią tak troskliwa, że zaproponowała poród u siebie w domu. W nocy wszystkich jeńców rosyjskich zabrano w góry, chorych załadowano na ciężarówki i wywieziono w nieznanym kierunku. Moja mamę Hannah zabrała do siebie, przepustkę wystawił inżynier, lecz nakazał Hannie „przyprowadzić Urszulkę, gdy będą schodzić”. Ja urodziłam się 3 maja 1945 roku, trzy dni później byłyśmy wolne. W sierpniu zaczynałyśmy już nowe życie na gruzach Warszawy. Mama bardzo niechętnie opowiadała o tych wydarzeniach. Najgorsze dla niej było wyznanie, kto jest moim ojcem. „to uratowało nam życie”. Kilka razy wspominała inżyniera, jego nazwiska niestety nigdy nie poznała. W latach siedemdziesiątych zabrała mnie do miejsca, gdzie przyszłam na świat. Jest to Głuszyca, (...). Nie udało mi się ustalić nazwiska Hanny.

sobota, 2 kwietnia 2011

List od Bożeny Tarnowskiej

W styczniu 1945 roku, moja mama była świadkiem dziwnego zdarzenia. Często o nim wspominała, choć do wspomnień z czasów wojny wracała z niechęcią.
Był wieczór, siedziała w swojej warowni czyli pomieszczeniu gdzie gromadzono ziemniaki, jeżeli można tak nazwać te gnijące odpadki. Około 23:00 przyszedł po nią "inżynier" w towarzystwie "doktora". Kazali jej natychmiast z nimi iść. Przed szpitalem czekała sanitarka z zaciemnionymi szybami. Wewnątrz było zupełnie ciemno i panował potworny fetor rozkładających się ciał. Auto ruszyło z impetem. Po około półgodzinnej jeździe zatrzymali się. Dotarli do pałacu. Znała ten budynek gdyż będąc jeszcze we Wrocławiu, zdarzało się, że była przywożona tu jak i do Książa. Pałacyk ten znany jest dziś jako Pałac w Jedlince.
Została wprowadzona do podziemi schodami wprost z kuchni. Było tam kilku lekarzy, wsyzscy wydawali się dziwni. Nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego coć ją niezwykle niepokoiło. Jeden z lekarzy podszedł do niej i obejrzał od stóp do głów, kiwnął głową a na ten znak inny lekarz zrobił jej zastrzyk. Świat zaczął wirować, traciła przytomność. Ocknęła się dopiero następnego dnia w swojej warowni. Była umyta, miała na sobie świeżą odzież, była ostrzyżona i uczesana. Jej zdziwienie nie miało granic, o co tu chodziło? "Inżynier" oświadczył jej, że jest wyznaczona do "zejścia". Dostrzegając jej przerażenie uśmiechnął się i oświadczył iż "zejście" oznacza lepszy los, początek nowego życia. Powiedział: "w razie czego dbaj o dzieci".

O co tu chodzi nie mam pojęcia. Wiem, że ty masz obfity zbiór podobnych relacji lub słyszałeś tego typu opowieści. Boję się ośmieszenia ponieważ są to rzeczy niewytłumaczalne. Moja mama bardziej przeżywała szykany powojenne zadawane przez sąsiadów, lekarzy, znajomych niż traumę wojny. Być może wojna, przeżycia obozowe, szykany, gwałty spowodowały, że moja mama popadła w obłęd, ale spotkałam ludzi, którzy opowiadali podobne rzeczy. Byli to pensjonariusze jednego z zakładów psychiatrycznych gdzie moja mama była kierowana na obserwacje. Panicznie bała się powrotu do Głuszycy. W latach sześćdziesiątych spotkała jednego z "pracowników" Riese z czasów wojny. Był to jeden ze ślązaków, który akurat należał to tych 'normalnych'. Nie pastwił się na więźniach, był górnikiem, pracował przy drążeniu tuneli. Spotkali się w Warszawie na jakiejś komisji lekarskiej, muszę dodać, że przez pewien okres mama była caly czas wzywana na różnego rodzaju badania, co dziwne, prowadzili je lekarze radzieccy. Ów człowiek także był poddawany podobnym zabiegom. W trakcie rozmowy upomniał mamę aby to, co widziała i czego była świadkiem zachowała dla siebie bo inaczej skończy w psychiatryku a nawet może zginąć oraz, że jeszcze długo po wojnie będzie to niebezpieczny temat. A tajemnica jest bezpieczna. "Już wielu zginęło. Najlepiej o tym zapomnij". Więcej już się nie spotkali.

W latach siedemdziesiątych razem z mamą zostałyśmy wezwane na badania. Szpital mieścił się na Woli, lecz stamtąd karetką zostałyśmy przewiezione do innego szpitala. Jechałyśmy około godziny. Badanie polegało między innymi na kontroli narządów rodnych. Było bardzo bolesne. Pobierano nam krew, brano próbki włosów oraz paznokci. Trwało to kilka godzin. Nikt nam nic nie tłumaczył, o nic nie pytał. W pewnym momencie mama wpadła w panikę na widok jednego z lekarzy, zemdlała. Byłam zdezorientowana. Odwieziono nas do domu. Dopiero przed śmiercią wyznała mi, że był to jeden z lekarzy, którzy badali ją w pałacyku.

Poza tym, co ci opowiedziałam nic więcej się nie wydarzyło. Nikt inny nas nie badał, nie interesowano się nami. Ja powróciłam do tematu gdy pewnego dnia w księgarni znlazłam książkę z napisem "Riese". To słowo uderzyło mnie niczym obuch. Przecież to nazwa, która związała się z moją rodziną. Ja tam przyszłąm na świat!
Jest jeszcze jedna sprawa, możesz to traktować jako fantastykę lub brednie starej kobiety. Nigdy nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci...jestem "wysterylizowana". Nie mam pojęcia kiedy to się stało, może podczas tamtych badań. Ginekolog, u którego się leczyłam bezradnie rozkładał ręce, nie potrafił tego wytłumaczyć.
Może to "Riese" nadal zbiera swoje żniwo.
Możesz to publikować, przetwarzać. Ja osobiście nie mogę się pokazać ponieważ żyje jeszcze mój ojczym oraz jego rodzina, ale mam nadzieję, że nasza współpraca przyniesie jakiś efekt.
Dziękuję, Bożena Tarnowska.

List od Stanisława Królikowskiego

Nazywam się Stanisław Królikowski ,to właśnie ja byłem organizatorem wyprawy Soboń-  2008.Tak nazwaliśmy jedną z naszych pierwszych wypraw ,planowaliśmy  ich kilka bądź  kilkanaście. Pochodzimy z Krakowa ,nasza grupa składała się z ośmiu osób ,w większości studenci .Jedna z koleżanek dość zamożna  nawiązała kontakt  z , jak się potem okazało nie mającym pojęcia  o temacie, tzw odkrywców   tajemnic Riese .Zatrzymaliśmy się w Hubercie to miała być nasza baza  wypadowa tu także spotkaliśmy naszego przewodnika .Następnego dnia zaplanowaliśmy wyjście w teren o godz 4 rano ,oczywiście po naszym przewodniku nie było śladu .Zjawił się dopiero gdy otwierano muzeum sztolni zaproponował nam kupno biletów i poprosił o pare zł na piwo , czar oraz widok na przygodę życia prysł .Jeden z przewodników zainteresował się naszą grupą ,zaproponował pomoc za drobną opłatą oczywiście ,Nazajutrz doprowadził nas do tuneli na Soboniu ,w zasadzie to my go dowieźliśmy  na trzeci staw w Głuszycy i  stamtąd prawie biegiem doprowadził nas do tunelu . Zainkasował umówioną kwotę i oznajmił że już nie ma czasu aby z nami wejść pod  ziemię gdyż za godzinę musi być w pracy .Pozostaliśmy sami decyzja zapadła wchodzimy ,zaznaczam iż w naszej grupie był grotołaz  ratownik jaskiniowy , wejście zajęło nam o koło trzydziestu minut . Początkowo wszystko było ok , jednak po pewnym czasie jedna  z dziewczyn oznajmiła ze oprócz nas ktoś jest jeszcze w tunelu , lecz my nikogo nie widzieliśmy ,w pewnym oddaleniu od ceglanego magazynu postanowiliśmy się zatrzymać i z tego miejsca zacząć badania .Sami poznawaliśmy tunele ,atmosfera była super gdy Rafał ratownik nadał sygnał ostrzegawczy ,zebraliśmy się w około .Nasłuchiwał zdawał się węszyć ,wszyscy słyszeliśmy kroki ktoś się zbliżał . Znajdowaliśmy się w pobliżu uskoku ,kroki dochodziły  właśnie z tego korytarza , ogarnęło mnie przerażenie przed chwilą tam byłem , doszedłem do końca tunelu nikogo nie było .Zrobiło się dziwnie zimno , kroki były coraz wyraźniejsze nie jednej osoby lecz kilku idą po ciemku bez światła ,Monika początkowo szeptała abyśmy jak najszybciej wyszli na powierzchnię po chwili wpadła w panikę, Rafał nakazał w zasadzie wydał rozkaz wychodzimy ,. pozostawiliśmy tam sporo sprzętu ,wodery ,saperki i inne .Szedłem ostatni , strach smagał jak pejcz, gdy się odwróciłem bardziej czułem niż widziałem kilka postaci. Gdy znaleźliśmy się na powietrzu był wieczór ,na pytanie co tam było Monika odpowiedziała  nie wiem i nie chcę wiedzieć  wycierając krew cieknącą jej z nosa .Nie znałem wcześniej żadnych opowieści  z tej materii ,gdy opowiadałem znajomym o tym zdarzeniu pukali się w głowę . Tydzień temu znajomy dał mi adres pańskiego bloga  . Proszę o zamieszczenie mojego listu.

Poszukując 'skarbów'...

W 1988 roku gdy powołano mnie do wojska miało miejsce pewne zdarzenie, którego nie są w stanie wyprzeć się ani zaprzeczyć mieszkańcy Głuszycy gdyż było o tym bardzo głośno. W Głuszydy Górnej, na polu jednego z gospodarzy pojawiła się grupa wyposazona w koparki i wiertnice. Pracowali przez dwa dni, a pokłosiem ich pracy było wydobycie aluminiowej 'trumny'. Na owym polu pozostawili cały szprzęt, nie troszcząc się ani o samochody, a ni pozostałe sprzęty. Skrzynie załadowali na landrovera i udali się w kierunku Rzeczki. Cały czas towarzyszył im prawdopodobnie oficer bezpieki. Po drodze zatrzymali się na polach ówczesnego PGRu Sierpnica. Spotkali się tam z następną grupą. Byli w niej członkowie ówczesnych władz oraz dyrektor PGR. Bardzo żywo gestykulowali, wręcz kłócili się. Rozmowa dotyczyła znaleziska jak i podziemi. Po około 15 minutach podjechał bus na niemieckich numerach, przeładowano do niego skrzynie. Dwa dni po owym zdarzeniu zaczęły po Głuszycy krążyć plotki oodkopanym 'skarbie'. Wtedy po raz pierwszy doznałem co znaczy uczucie porażki i rozgoryczenia. Osoba, której barzdo ufałem okazała się jednym z uczestników owego spotkania. Został on ogarnięty gorączką poszukiwania 'skarbów'. Zresztą nie tylko on. Pewien notes, który mu przekazałem spowodował iż został on jednym z najbardziej wziętych 'odkrywców'. Z wiadomych względów nie podaję nazwisk, gdyż osoby te nadal mieszkają w Głuszycy.

Jarecki c.d.

Podczas mojego przedostatniego spotkania z Jareckim, otrzymałem od niego kilka informacji, których treśc i przekaz rozumiem dopiero dzisiaj. Mowa była między innymi o przekazie Himmlera, by jego zwolennicy nigdy nie uwierzyli w jego śmier - to co sie wydarzy pojego śmierci będzie tylko mirażem, gdyż budowana jest nowa armia, najpotężniejsza ze wszystkicj jakie do tej pory istniały. Ich orężem będzie broń jakiej nigdy ludzkośc nie widziała, jej żołnierzami będą ludzie  z krajów tak zwanego Trzeciego Świata, którzy dostaną krew Panów. Wspominał także o wielkim exodusie ssmanów do Argentyny, Brazylii, Boliwii, a także krajów Arabskich. Fundusze nato, miały pochodzic z podbitych krajów  Europy, które juz dawno zostały w tych krajach zdeponowane. Nic z tych słów nie rozumiałem. Wspominał także o ludziach zyjących pod lodem. Czasami zdarzało mu się wcześniej o tym opowiadac. Na moje pytania typu "co znajduje się tutaj pod ziemią; jakie prace były tu prowadzone" - nie odpowiadał w ogóle. Cały czas mamrotał, że czas uśpenia będzie wynosił 70, 80 lat odśmierci Wielkiego Budowniczego (podczas Procesu Norymberskiego tak nazywano dwóch zbrodniarzy nazistowskich: Himmlera i Speera). W tym czasie Jarecki był już strzępem człowieka, jego oczy straciły dawny blask, stał sie przygaszony. Mówił, że jegoczas nadchodzi, że oni go wzywają. Wspomniał jeszcz, że początkiem przebudzenia będą wielkie niepokoje społeczne w krajach, w których oni tworzyli swoje armie, a także upadek największych mocarstwa. Jednak największych zaskoczeniem były jego słowa: "To, co posiadali naziści powróci do swoich pierwszych właścicieli, stworza oni najwększą potęgę. Jak Ci wiadomo pierwsza cywilizacja na świecie, która osiągnęła wysoki poziom rozwoju byli potomkowe Cesarza Czin, w jego grobowcu znajduje się cała prawda"....

List od Łukasza Sołtysiaka

Witam!

Nazywam się Łukasz Sołtysiak i pochodzę z Poznania. Postanowiłem do Pana napisać tegoż maila z powodu intrygującego wpisu, jakiego Pan dokonał na swym blogu w odpowiedzi na mój zapis odnoszący się do powiązania historii Gór Sowich a admirałem Byrdem i misją HIGH JUMP.

Mój Nick w podpisie to: lyricus144.

Dzięki relacjom, jakie zamieścił Pan na swym blogu, moja teoria odnosząca się do pochodzenia zjawiska UFO, nabrała realnych kształtów prawdopodobieństwa.  Chciałbym ją Panu pokrótce (!) przedstawić i dowiedzieć się przy okazji, jakie jest Pańskie zdanie na ten temat. (...) Od pewnego czasu postanowiłem sam powiązać statki latające III Rzeszy, z tym co na niebie lata w chwili obecnej.



Treść teoretyczna i hipotetyczna zarazem:

Przed rozpoczęciem Drugiej wojny światowej, na terenie Europy kwitły i rosły jak grzyby po deszczu, najróżniejszej maści ugrupowania o charakterze ezoterycznym. Sama tego typu tematyka była bardzo popularna i przyciągała całe tłumy na wykłady i do półek z książkami  w bibliotekach (podobnie jak dziś). Młody Adolf Hitler także nie oparł się pokusie szukania ezoterycznych korzeni pochodzenia człowieka. Czytał, uczęszczał na wykłady min. Heleny Bławatskiej, poznawał ludzi… Wtedy to właśnie dowiedział się o podziemnych miastach, gdzie zamieszkiwali doskonali ludzie wygnani przed tysiącami lat do głębokich jaskiń, gdzie założyli swe Państwa o charakterze politycznym zbliżonym do tego, jaki obecny był na Atlantydzie  - ich ojczyźnie. Miasta te, powstały w szczególności w rejonie Azji oraz te bardziej wymarłe w Ameryce Południowej. Hitler uważnie studiował książki, które opowiadały o niemalże boskich istotach, ich statkach powietrznych, genezie pochodzenia, a także o relacjach ludzi, którzy dopiero co powrócili z przeróżnych ekspedycji i wojaży po pewnych częściach Azji (Mikołaj Rerich, Ferdynand Osendowski, itd.) opowiadając o spotkaniu z „nieznanym” (Rerich i jego ekspedycja była świadkiem przelotu ciemnego dysku w czasie swojej wyprawy. Przewodnicy i zarazem tubylcy powiedzieli, iż to co widzą, to statek powietrzny wysłany od Władcy świata wprost z wnętrza ziemi.). Fascynacja sięgała zenitu, gdy poznał ludzi/okultystów, podzielających jego zainteresowania i tym samym snujących plany założenia stowarzyszenia, co w konsekwencji rzeczywiście się udało i przyjęło nazwę Thule. Dojścia do władzy opisywać nie będę, ponieważ jest to znane zagadnienie. Ważnym punktem jest rozwinięcie się ideologii Thule wraz ze wzrostem III Rzeszy. Hitler opętany stworzeniem własnej Agarthy wraz ze wszystkimi jej cechami, obejmuje w posiadanie Antarktydę, wysyła ekspedycje naukowe do Tybetu i Mongolii, nakazuje wnikliwe przestudiowanie świętych pism starożytnych Indii naukowcom, którzy na podstawie własnej wiedzy i instrukcji zawartych w świętych księgach mają za zadanie skonstruowanie Vimanów, czyli statków znanych dziś jako UFO. Między czasie usilnie próbuje dotrzeć do zaginionych podziemnych światów i wejść w komitywę z jej mieszkańcami, na co Ci ostatni nie wyrażają zgody ani chęci. Próby nawiązania kontaktu trwają do mniej więcej 42 roku, nie przynosząc żadnych skutków. Hitler nie chcący się poddać, rozpoczyna własne prace nad stworzeniem swego Państwa podziemnego. Prace drążenia ziemi rozpoczynają się na Antarktydzie, gdzie znalazł już oazy gotowe do zasiedlenia, a także na terenie Argentyny, Polski i Czechosłowacji (w/w są najpewniejsze). Potrzebni byli także nadludzie do stworzenia zupełnie nowej rasy Panów. W to przedsięwzięcie zaangażowani zostali wysokiej rangi SS-mani (którzy musieli być wegetarianami i bezwzględnie oddani ideologii, której przywódcą był Himmler). Hitler dysponował w tamtym okresie, w zasadzie nieograniczonym materiałem genetycznym (min. dlatego największe – choć może bardziej trafne: najliczniejsze -  obozy koncentracyjne powstały na terenie naszego kraju), na którym mógł przeprowadzać bardzo zaawansowane eksperymenty genetyczne, czego przykładem są relacje z Pańskiego bloga.

Prace na Antarktydzie trwały i zmierzały już ku końcowi – dowodem na to są transporty U-botów i innych statków w rejon Argentyny i samego bieguna południowego (warto rozważyć tu kwestie podziemnych tuneli, które mogą łączyć oba kontynenty. Samych tuneli jest w Ameryce południowej mnóstwo, wystarczyło je na nowo przystosować do użytku). W Polsce i Czechosłowacji, prace były bardzo daleko posunięte. To tu tworzono nowe gatunki ludzi, nowe hybrydy, nową rasę. Udawało się to z powodzeniem, a „ładunki” z nową cywilizacją przerzucano na biegun południowy, gdzie miały stworzyć zupełnie nową cywilizacje, co także zostało zwieńczone sukcesem. Jakie są dowody na to, przedstawię w dalszej części.

Wojna w Europie dobiegała końca, prace przyspieszano we wszelkich jej aspektach, jednakże wiadomym było, że szansy na wygranie tejże bitwy (nie wojny) nie było możliwe Wszelkie dowody na działalność nazistów były tuszowane, zarówno przez nich samych, jak i wojska aliantów na zachodzie Europy oraz Armie Czerwoną w jej wschodniej części. Państwa sprzymierzone wiedziały, iż w 1945 roku wojna wcale się nie zakończyła, przeniosła się jedynie w sferę, gdzie konwencjonalne zasady walki nie miały najmniejszych szans. „Wygranym” wpadły w ręce dokumenty, naukowcy, świadkowie zdarzeń, i najważniejsze: Pojazdy latające nowego typu opisywane dotychczas przez pilotów koalicji, jako FOO FIGHTERS oraz wyniki eksperymentów genetycznych znanych dzisiaj w literaturze ufologicznej jako Szaraki (choć nie tylko one). Alianci byli zszokowani i bezradni. Większość w/w ludzi, pojazdów, dokumentów, humanoidów, zdobytych na wyzwolonych ziemiach przerzucono do USA i ZSRR, gdzie prace wszczęto od początku, ale tym razem pod inną banderą. Proszę zauważyć, iż incydent z Rosswell oraz obserwacja Kennetha Arnolda z 1947 roku, wydarzyły się na tym samym terenie Stanów i w sumie są to pierwsze oficjalne przypadki znane Ufologii ( nie licząc wspomnianych wcześniej FOO FIGHTERS.). Amerykanie dowiedziawszy się o cywilizacji pod lodem, o Nowej Szwabii, postanowili zaatakować i zniszczyć jeden z ostatnich bastionów nazistów, jednakże wiedząc już w co zaangażowani byli Niemcy i jak daleko posunęli się w stworzeniu nowej cywilizacji, bali się podać prawdziwych przyczyn wybuchu wojny i tym samym powstania III Rzeszy, do  wymęczonej wojną, światowej opinii publicznej. Wyprawa Byrda musiała działać pod przykrywką z takich właśnie przyczyn. Niespodzianką, było „wykurzenie” wojsk amerykańskich z rejonu Antarktydy dla samych dowódców Pentagonu, jak i ich zwierzchników, ale równocześnie potwierdziło to zaawansowane działania Niemców w wykreowaniu Rasy Panów. Amerykanie wiedząc o przegranej w każdym aspekcie zetknięcia z siłami znacznie ich przewyższającymi, zaczęli drążyć własne podziemne bazy i tym samym prowadzić wspomniane już, eksperymenty ze spuścizną po III Rzeszy. Dowodami niech tu będą:



-Relacje świadków, którzy w obecnych czasach twierdzą, iż nie byli uprowadzani tylko przez Szaraków, ale także przez tzw. MiBy i personel armii amerykańskiej, która traktowała ich jako „mięso armatnie” i wypytywała w każdy możliwy sposób o szczegóły ze spotkań z obcymi.

-Kwestia Strefy 51 i dających się tam zauważyć testów pojazdów latających nowego typu, zwanych powszechnie UFO.

-Wydaje się – także popierając się relacjami świadków -  iż wojna pomiędzy „obcymi” a utajnionymi komórkami armii amerykańskiej jest faktem realnym.

-Usilne poszukiwanie nowych baz „obcych”

-Utajnienie całego procederu.



Ważnymi kwestiami faktologicznymi w całym tym temacie są:

-Brak jakichkolwiek danych i opisów zaciągniętych z historii, o tak wzmożonym ruchu powietrznym, tego co dziś nazywamy UFO i ich załoganci. Oczywiście, są sporadyczne relacje i malowidła, jednakże wedle mojego mniemania, to co widzieli nasi przodkowie w różnych okresach historii, to statki powietrzne „pierwszego typu”, że je tak nazwę, których właścicielami były (i są!) istoty z wewnętrznych światów, tych samych z którymi Hitler chciał zawrzeć pakt. Dlatego  - raz jeszcze to powtórzę – są one nieliczne, a opowieści o nich najwięcej można odnaleźć właśnie na terenie Azji i sięgają one wiele pokoleń wstecz. Proszę zauważyć także, iż w kontekście tamtych opowieści nie ma mowy o czymś przykrym i złym ze spotkaniem z boskimi istotami (którzy zawsze wyglądają jak ludzie i mieszkańcy tamtych ziem, a nie  „pozaziemsko”). Nie przekreślam tu odwiedzin z innych planet – te na pewno także istnieją, ale są one sporadyczne i nie dotyczą badań przeprowadzanych podczas tzw. Wzięć, ani spotkaniem ze zwykłym „KOWALSKIM” jak chcieliby tego dzisiejsi Ufolodzy. Jeśli jesteśmy odwiedzani przez istoty z kosmosu, to bardziej w charakterze odwiedzin mieszkańców wartych i odwiedzenia, czyli prawdziwych ludzi z Agarthy, a nie pomyleńców na powierzchni naszej planety – tych już znają i wiedzą, że nie ma z nimi o czym rozmawiać…

-Spotkania z obcymi to spotkania z „blondynami” i szarakami. Opis idealnie dopasowany do rasy Panów Nowej Szwabii i ich sług, robotów (jak często nazywają je ofiary wzięć), czyli Szarych.

-W bazach amerykańskich widziane są istoty podobne do Szaraków, a także zupełnie inne hybrydy, które są konsekwencją badań genetycznych amerykanów, a nie istotami pozaziemskimi mieszkających w podziemnej bazie Armii USA….

-Świadkowie spotkań z Blondynami, często opisują ich akcent słyszany wewnątrz lub zewnątrz, jako ciężki i podobny do niemieckiego.

 - Jeśli „obcy” zabierają postronnych ludzi do swojej bazy/domu, często dzieje się to pod ziemią.

-Statki powietrzne te widziane obecnie, jak i te sprzed wielu lat są takie same lub niesłychanie podobne w opisach na różnych kontynentach – co nie dowodzi wcale ich wspólnego pochodzenia.

-aby wziąć pod rozwagę całe powyższe przemyślenia, należy odrzucić teorie Danikena i Sitchina, które dowodzą tylko temu, iż zaawansowana technika była już na naszej planecie, ale nie była to zasługa  istot pozaziemskich, jak by tego chcieli w/w Panowie, a jedynie nasza ziemska wysoko postawiona cywilizacja ziemian (tożsamych z tymi, którzy dziś zamieszkują podziemne krainy i tak samo jak w zamierzchłych czasach, nadal są odwiedzani przez przyjaciół z kosmosu – a nie przezeń tworzeni…).



Wiele mógłbym jeszcze przykładów wymieniać, a i całą historie opisaną powyżej rozłożyć bardziej szczegółowo, ale zauważyłem właśnie, że mój mail przyjął już w tej chwili kolosalne rozmiary…;-)

Interesuje mnie Pańskie zdanie na poruszone przeze mnie kwestie oraz odwiedziny współpracowników Byrda na ziemiach Dolnego Śląska.

Jeśli chce Pan wrzucić to na Blog, nie widzę przeszkód;-)



Serdecznie pozdrawiam!

Łukasz Sołtysiak