środa, 22 czerwca 2011
niedziela, 5 czerwca 2011
Cmentarz w poznańskim parku Cytadela
Prawdopodobnie jedyny zachowany pomnik w Europie, świadczący o istnieniu laboratoriów, w których przeprowadzano eksperymenty na ludziach.
czwartek, 2 czerwca 2011
Odwiedziny
"Podczas pobytu na Rogowcu podszedł do mnie pewien mężczyzna.Sama jego osoba nie wzbudzała we mnie podejrzeń - lecz jego oczy były czarne, głębokie, bezdenne.Podczas rozmowy czułem wewnętrzny przymus aby się w nie wpatrywać, emanowały mocą, ich siła oddziaływania była ogromna. Byłem bezwolny, czułem jakby coś sądowało moje myśli. Ogarniało mnie szaleństwo, a zarazem strach. Rozmawiając z owym człowiekiem bardziej czułem jego słowa niż je słyszałem. Szliśmy w kierunku Grzmiącej przez rumowisko. Osobnik był na pewno po siedemdziesiątce a poruszał się jak dwudziestolatek, niemal skakał z kamienia na kamień. Gdy się zatrzymaliśmy w połowie drogi, wskazał na skały i spytał czy wiem co tam jest. Przytaknąłem - słyszałem o zawalonym tunelu, nawet mogła to być jaskinia, Niemcy wysadzili ja pod koniec wojny. Spytał ile osób o tym wie, czy są ludzie, którzy prowadzą tu jakieś prace górnicze. Odpowiedziałem iż na zamku archeolodzy prowadzą jakieś prace. Spytał z naciskiem czy aby na pewno są to archeolodzy - stawał się coraz bardziej natarczywy. Interesowało go wszystko wokół, jednak najbardziej wejście do tunelu, czy na pewno nikt tu nie kopie, czy nie zdarzyło się w okolicy nic dziwnego. Jednak najbardziej interesowało go czy nikt nie widział tu dziwnej istoty. Czy nic nie wyszło tu spod ziemi. Byłem coraz bardziej zmęczony, czułem się jak na przesłuchaniu, będą w mocy tego dziwnego człowieka.Na rumowisku nie byliśmy sami, z oddali przyglądały nam się dwie bardzo wysokie osoby. Gdy mój rozmówca podążył za moim wzrokiem, zrobił się bardzo nerwowy, ja natomiast poczułem ulgę, tak jakby mój mózg wyciągnięto z imadła. Pospiesznie pożegnał się ze mną zaznaczając, że to nie ostatnie odwiedziny. Od tego spotkania boję się zapuszczać w tą okolicę. Przygnała mnie tam chęć przeżycia czegoś szczególnego. A najbardziej opowieści moich rodziców, którzy mieszkali tu zaraz po wojnie, oboje już nie żyją, lecz ich opowieści są żywe w mojej głowie. Początkowo mieszkali w Rybnicy Leśnej, lecz strach, szabrownicy i Warewolf przepędzili ich do Grzmiącej. Mieszkali przy tartaku, oboje znaleźli w nim zatrudnienie. Wciąż wspominali o wszechobecnych strachu, bali się chodzić do lasu, bali się przebywać w domu. Wspominali o dziwnych rzeczach, nigdy nie kończyli wątku. Mówili o podziemnym mieście i zamieszkujących tam Niemcach oraz setkach a może tysiącach jeńców z obozów, które znajdowały się w okolicy. Wspominali o dziwacznych stworach, wilkach, nawet używali słów duchy i magia. Uciekli stamtąd w 1948 roku, po tym jak 'włochata bestia' zaatakowała ich jak wracali z pracy do domu.Mama postradała zmysły, do końca życia wspominała o 'wielkiej małpie' próbującej zaciągnąć ja do lasu. Okoliczni Niemcy szydzili z nich, mówili że to ich 'cudowna broń'. Pewnej nocy dwie niemieckie rodziny dosłownie wyparowały a ich miejsce zajęli inni osadnicy. Moi rodzice wyjechali najpierw do Wrocławia, a potem do Gdańska, byle jak najdalej od tych przeklętych gór. Ja jako 45 latek chciałem przeżyć coś wyjątkowego, no i przeżyłem, już na pewno więcej tam nie wrócę..."
Opowieść Roberta Andruszkiewicza z Gdańska.
Opowieść Roberta Andruszkiewicza z Gdańska.
czwartek, 19 maja 2011
Uskok na Osówce
Pragnę powrócic do tematu kształtu tuneli na Osówce sprzed remontu. Znów pojawia sie temat uskoku oraz wejścia do wartowni. Wiele osób twierdzi, iż uskok powstał w wyniku prac adaptacyjnych, wskazując na istnienie dwóch poziomów tuneli. Podkreślają istnienie "klinkierowej " komory, studni oraz pamiętają odgłos huku spadającej wody. Oto relacja jednego ze świadków:
Noclegi
Zaciekawiły mi opowieści młodych "poszukiwaczy", którzy deklarują, że nocowali na Soboniu, Włodarzu czy Rzeczce. Zainteresowało mnie gdzie oraz kiedy to miało miejsce, co wtedy czuli - chciałem ich przeżycia porównac ze swoimi, gdyż zdarzyło mi się samotnie nocowac w tych miejscacch. Okazało sie jednak, że ich plany nie doszły do skutku ponieważ po zapadnięciu zmroku coś lub ktoś ich wystraszył. Kilkukrotnie wielu poszukiwaczy umawiało się ze mną na nocne wypady w góry, lecz w ostatniej chwili wycofywali się.
Legendy ?
Podczas ostatniego pobytu w Głuszycy coraz więcej osób potwierdza istnienie zupełnie innego kształtu "uskoku" na Osówce oraz głównego wejścia do samego kompleksu. Na moje pytania dlaczego milczą, odpowiadają, że boja się ośmieszenia, czego przykładem jest sprawa z Bielawy. Wielu rozmówców przekazało mi swoje relacje dotyczące niewyjaśnionych przypadków jakie zdarzały się na terenie kompleksu Riese. Wszystkie relacje pochodzą od świadków z lat 40., 50., 60. a przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Temat kojarzy kilka młodych osób, lecz w przewadze są starsi mieszkańcy. Rozmawiając z mieszkańcami ulicy Leśnej, na moje pytanie jak nazywał się 'Bocian' odpowiadali pytaniem - a jak nazywał się 'Jarecki'? Tak jak ja nie bałem się Jareckiego, tak kilku mieszkańców wymienione ulicy uważało Bociana za przyjaciela, jednakże przez ogół mieszkańców Głuszycy uznawani byli za niebezpiecznych wariatów. Wszyscy jednak wracają do ich 'szalonych' opowieści o podziemnym świecie, dziwnych stworach i ludziach uwięzionych pod ziemią. Podczas rozmowy z być może jednym z najstarszych mieszkańców Głuszycy pochodzenia niemieckiego dowiedziałem się, że takich ludzi jak Bocian, Jarecki, Ruska Wojciechowska, Baba Ał - było dużo więcej. Wszyscy zachowywali się irracjonalnie i mówili dokładnie o tym samym choć różnił ich przedział wiekowy. Z czasem ich opowieści zanikały lecz teraz odżywają na nowo. W miejscowościach Kolce, Zimna Woda, Sierpnica, Świerki - starszych ludzi ogarnia psychoza strachu, boją się czegoś co powraca. Zaczynają bać się gór.
środa, 11 maja 2011
Relacja Marka z Radomia
"Podczas wczasów w górach Sowich zawitaliśmy do miejscowości Rybnica Leśna. Zatrzymaliśmy sie w knajpie Darzbór, gdzie przesiadywali głównie pracownicy leśny. Jednego z nich zainteresował mój aparat marki Olympus. Oświadczył, że za parę piw pokarze nam "Niemieckie ścierwo". Był to początek lat 70. Oczywiście dobiliśmy transakcji. Pieszo doprowadził nas do góry zwanej Rogowiec. Tam w starej rozpadającej się chałupie wskazał nam wejście do piwnicy. Schody jak i cała piwniczka wykute były w kamieniu. Zapach stęchlizny mieszał się z ostrą wonią gnijącego mięsa. Ile ów korytarz mógł mieć długości nie wiem. Nasz przewodnik zrobił się niespokojny, latarką wskazał nam miejsce, gdzie leżały stare ludzkie kości. Okazało się jednak, że wśród nich znajdowały się świeże kości, a w piwnicy unosił się zapach krwi. Człowiek, który nas przyprowadził wpadł w panikę, zaczął coś krzyczeć po niemiecku. Jedyne co zrozumiałem z jego krzyków to słowa, że to niemożliwe, że wejście zostało wysadzone i zawalone, krzyczał jak oszalały, że nie mogły się wydostać na zewnątrz. Jako pierwszy zaczął uciekać ku wyjściu. Ja stałem jak sparaliżowany, kolega Szymon oświetlał korytarz latarką. Z jego głębi słyszeliśmy, a raczej czuliśmy warczenie psa. Powoli zaczęliśmy się wycofywać. Panika jednak wzięła górę nad rozsądkiem i zaczęliśmy biec korytarzem lecz w przeciwną stronę do wyjścia. Biegłem jak w amoku obijając się o ściany tunelu. Przeraźliwy krzyk obalił nas na ziemię, gdy poderwałem się na nogi ktoś lub coś z powrotem rzuciło mnie na ziemię. W świetle w latarki widziałem tylko wojskowe oficerki i fragment wojskowego płaszcza czarnego koloru. Jakaś dłoń wskazała mi drabinkę prowadzącą ku górze. Szymon podążał za mną. Powiew świeżego powietrza wskazał nam wyjście. Gdy stanęliśmy na powierzchni obaj wyglądaliśmy jakbyśmy ujrzeli ducha. Nagle ziemia pod naszymi nogami zadrżała jakby coś pod ziemią wysadzono. Następnego dnia szukaliśmy naszego przewodnika na próżno. Na nasze pytania nikt nie chciał odpowiadać, a na nasze pytania o detonację, od jednego z milicjantów usłyszeliśmy, że niedaleko są kamieniołomy i to pewnie tam akurat coś wysadzali. Milicjant, który nas wysłuchał nawet nie sporządził notatki, wyraźnie sprawiał wrażenie człowieka doskonale we wszystkim zorientowanego. Ostrzegł nas tylko byśmy sami nie włóczyli się po lasach. Wejścia do piwnicy nie udało nam się odnaleźć, a studzienka, którą wyszliśmy była zasypana. W schronisku Andrzejówka, gdzie się zatrzymaliśmy dowiedziałem się trochę dziwnych a zarazem strasznych rzeczy - o ludziach-nieludziach żyjących pod ziemią, o podziemnym mieście, które w czasie Wojny wybudowali Niemcy. Przez lata temat uległ zatarciu lecz po przeczytaniu twoich zapisków, wspomnienia ożyły. Bardzo jestem ciekawy co się wtedy wydarzyło, kim był człowiek, który wskazał nam wyjście i czy to wszystko ma jakiś sens. Mama nadzieję, że są ludzie, którzy przeżyli coś podobnego. Nie daje mi to spokoju, tak jakbym czekał na ponowne odwiedzenie tego tunelu.
Pozdrawiam Marek Domeradzki z Radomia"
Pozdrawiam Marek Domeradzki z Radomia"
"Frankenstein"
"(...) od XIII w. (czyli od założenia) do 1945 roku nazwę Frankenstein nosiło miasto Ząbkowice Śląskie na Dolnym Śląsku. Dzisiejsi wielbiciele magii i grozy uważają, że Mary Shelley mogła zainspirować się złą sławą tego miejsca, opisywaną w licznych starych kronikach. Otóż w XVII w. wykryto tam spisek grabarzy, którzy z ludzkich zwłok wyrabiali trujący proszek i wyprawili na tamten świat 1/3 mieszkańców miasta.(...)"
W okresie II Wojny Światowej w Ząbkowicach stacjonowało kilka jednostek Niemieckich: Wermacht, SS, Totenkopf. Na zamku zaś jednostka Ahnenerbe. Pod zamkiem znajdują się średniowieczne kazamaty wykorzystywane jako magazyny, a części z nich przeznaczenia nie znamy. Od strony Wałbrzycha, 3 km przez Ząbkowicami znajdowała się filia obozu Gross Rosen. 60 % więźniów stanowiły młode kobiety poniżej 18 roku życia. Nie zachowały się dokumenty świadczące o przeznaczeniu obozu, natomiast z opowieści mieszkańców, szczególnie pochodzenia Romskiego - na zamku przeprowadzano na nich eksperymenty...
W okresie II Wojny Światowej w Ząbkowicach stacjonowało kilka jednostek Niemieckich: Wermacht, SS, Totenkopf. Na zamku zaś jednostka Ahnenerbe. Pod zamkiem znajdują się średniowieczne kazamaty wykorzystywane jako magazyny, a części z nich przeznaczenia nie znamy. Od strony Wałbrzycha, 3 km przez Ząbkowicami znajdowała się filia obozu Gross Rosen. 60 % więźniów stanowiły młode kobiety poniżej 18 roku życia. Nie zachowały się dokumenty świadczące o przeznaczeniu obozu, natomiast z opowieści mieszkańców, szczególnie pochodzenia Romskiego - na zamku przeprowadzano na nich eksperymenty...
wtorek, 3 maja 2011
Znalezione pod podłogą
Świadkowie wskazali kilka miejsc, gdzie może znajdować się jakaś pamiątka po obecności SSmanów w Tucznie. w niedługim czasie weszliśmy w posiadanie niżej prezentowanych przedmiotów. Najciekawszym jest oryginalny dyplom nadania Krzyża Żelaznego drugiej klasy.
Tuczno - Pałac Sapetów: historia, niebo nad Tucznem
Gdy w 1945 roku trwały walki o Drezdenko, do pałacu w Tucznie przybył dziwny orszak. W jego skład wchodzily samochody pancerne, które eskortowały tajemnicza srebrną ciężarówkę. Eskorta składała się z około 100 SSmanów. Nie interesowały ich walki toczone niedaleko, całą swoją uwagę poświęcali owej ciężarówce. Dowodził nimi oficer nazywany przez podwładnych olbrzymem -miał ponad 2 metry wzrostu. Z opisu naocznego świadka był nieproporcjonalnie zbudowany. Pierwsza najbardziej charakterystyczną rzeczą jaka dało się zauważyć były jego długie ręce oraz szary kolor skóry, twarz zasłaniał podniesiony kołnierz i nasunięta na twarz czapka, jednak mimo tego widać było jego zeszpecona twarz. Najbardziej interesowały go podziemia znajdujące się pod majątkiem - łączyły one kolejką podziemną cegielnię, gorzelnię, powozownię oraz grobowce rodziny Wedemeyerów. Właśnie w jednym z tych grobowców złożono kryształowe trumny. Jedno z ciał było widoczne - była to młoda kobieta, cała pokryta szronem. Owe trumny przypominały raczej sarkofagi. Wejście na tereny pałacowe zostało zamknięte - mogli tam przebywać tylko Niemcy. Polskich robotników rolnych SSmani wyprowadzili za mury majątku i tam prawdopodobnie rozstrzelali. Mój rozmówca wspomina o wielkim pośpiechu i zdenerwowaniu. Stajenny otrzymał rozkaz by przygotować konie do drogi gdyż długa droga czekała wydzieloną grupę. Na wozy pakowano skrzynie, SSmani zakładali cywilne ubrania. Od młodego żołnierza stajenny dowiedział się dokąd się udają - była to miejscowość Wustegiersdorf. Ów żołnierz nazywał się Wolfgang Heidenreich - mieszkaniec owej miejscowości. Dowiedział się także o podziemnym mieście, które jest tam budowane, a także o tym, że to, co mają w skrzyniach może odmienić losy wojny. Tego samego dnia wieczorem ów SSman został rozstrzelany wraz z właścicielem pałacu na terenie powozowni. Niemcy w wielkiej panice opuścili majątek zabierając tylko skrzynie na wozach konnych, pozostawiając sarkofagi w grobowcach (żyje jeszcze naoczny świadek, który w latach 60. w poszukiwaniu skarbów włamał się do grobowca, w którym stały owe kryształowe trumny). Dzieła zniszczenia dokonali żołnierze Rosyjscy poinformowani o owym znalezisku, pracownicy PGRu zaś zrównali cmentarz z ziemią. Podziemne korytarze zostały zawalone, cegielnia zalana wodą. Świadkowie z tych terenów opowiadają o dziwnych zjawiskach, którym towarzyszą niezidentyfikowane obiekty latające. Dwa lata temu przez pewien czas stacjonowały tam nawet wojska Amerykańskie, opisuje to bardzo dokładnie Michał Sapeta.
Poniżej relacja naocznego świadka:
Poniżej relacja naocznego świadka:
Subskrybuj:
Posty (Atom)